Kim jest Krytykacz Naukowy czyli ja - Agata StaJuda..?
Tutaj wyjaśnienie - kompletne.
W 2020 r. jeszcze przed covidem - już wtedy zaczęłam batalię - z pobudek moralnych! A właściwie jeszcze wcześniej - gdy w 2011 r. zrezygnowałam z wykształcenia - aby nikogo przypadkiem nie skrzywdzić....
Blog założyłam 13 stycznia 2021 r.
A poniżej opisany czyn zabroniony, którego nieświadomie się dopuściłam miał miejsce 13 stycznia 2020 r.
Ja nic nie planuję - działam zgodnie z Intuicją - Wolą Boga, której się poddaje, ponieważ wszelkie działania moje, wertowanie publikacji naukowych, chęć zROZUM-Mienia (danego od Boga) kierowane jest ogromną Intuicją i aż mnie trzęsie wewnętrznie, jak 'w transie' - dopóki nie uzasadnię na tym blogu od A do Z - dopóki nie stworzę 'perfekcyjnych' tekstów, które moim zdaniem mogą Otworzyć Oczy Ludziom - ofiarom big pharmy...!!! (antychrysta w moim mniemaniu - kompletne i totalne zwiedzenie - Wszystkich!!!)
z FB:
Mój list z 2020 r. (przed covidem jeszcze!) po przekroczeniu (pod wpływem nagłego impulsu) 'łancucha na betonowych słupkach' pod Pałacem Prezydenckim. Miałam 'postulaty' - a właściwie ostrzeżenie o przekręcie na miarę wybrania komika Zelenskiego na Prezydenta na Ukrainie - czyli Hołowni. Poruszam w drugiej części - moje pierwsze batalie z big pharmą (!!!). Oto wyjasnienie:
"Szanowny Panie Andrzeju,
Postanowiłam napisać do Pana, ponieważ jestem obecnie osobą „podejrzaną” o przekroczenie Pana miru domowego, tak więc sumienie nakazuje mi Pana bardzo przeprosić, a serce, dusza i ów sumienie razem wzięte pragną wyjaśnić Panu sytuację, przez którą zachowałam się w określony sposób. (Proszę zauważyć, że ujęłam konkretne słowo w cudzysłowie, ponieważ tu sprawa jest jasna – przekroczyłam i naruszyłam Pana mir domowy, co jest uwiecznione na monitoringu, więc tutaj nie ma mowy o tym, abym tego nie zrobiła. Chyba, że fragment placu przed Pana siedzibą nie będzie traktowany jako mir domowy – nie miałam świadomości, że przekroczenie tej bariery to już czyn noszący znamiona przestępstwa. Był to tylko nieprzewidziany przeze mnie chwilowy impuls, za który bardzo przepraszam...)
Pragnę w tym liście wyjaśnić Panu, co skłoniło mnie do przyjazdu do Warszawy w celu zamiany z Panem kilku zdań i chęci przekazania Panu wg mojego ówczesnego myślenia kilku ważnych informacji...
Wyjaśnienie to zostawiam Panu w pełni do interpretacji oraz do wyciągnięcia własnych wniosków.
Zacznę od faktu, że bardzo Pana szanuję jako nie tylko Człowieka, ale również jako polityka. Muszę tutaj zaznaczyć, że, niestety, nie mam nawet mieszanych uczuć co do polityków – są one po prostu negatywne patrząc na motywy i działania ponad 90% z nich. Natomiast Pan jest skrajnym wyjątkiem w moich oczach. Niekiedy zdarzało mi się natknąć na fragmenty Pana przemówień w tv oraz w internecie, później już sama szukałam większej ilości Pana przemówień, i również sama – się sobie dziwiłam, że znalazł się Człowiek, polityk, któremu dałam kredyt zaufania. I właśnie z szacunku i sympatii postanowiłam złożyć Panu.. wizytę.
Od dłuższego czasu irytował mnie fakt, że ludzie, z którymi miałam okazję rozmawiać na tematy polityczne, nie mają pojęcia co Pan robi, o czym Pan mówi... powtarzają tylko zasłyszane slogany wytworzone przez Pana przeciwników do tzw. gawiedzi, mające na celu zdyskredytowanie i ośmieszenie Pana w oczach osób, którym łatwo kształtuje się poglądy, a którzy tak naprawdę nie interesują się przesadnie polityką czy historią. Sama przyznaję, że nie są to moje dziedziny, natomiast gdy nie mam wiedzy na dany temat, staram się zweryfikować informacje zamiast bezmyślnie powielać hasła.
Wracając do tematu. Irytowało mnie od dłuższego czasu nastawienie innych do Pana bez znajomości Pana poczynań i motywów. Natomiast moja decyzja o „odwiedzinach” była związana z:
A) przypadkowym dostępem do informacji na temat nieczystej konkurencji jednego z Pana rywali do urzędu w najbliższych wyborach
B) znalezienia się na, jak ja to nazywam, wyższych obrotach – co fachowo jest określane jako stan manii w chorobie afektywnej dwubiegunowej.
Początkiem grudnia zmieniłam pracę na o wiele lepiej płatną, musiałam zaryzykować zmiany z chęci poprawy standardu swojego życia. A moja nowa praca to nie co innego a technologia automatyzacji marketingu. Zgłębiałam temat już od końca października, gdy tylko dostałam ofertę. Moje zainteresowanie głównie skupiało się na roli sztucznej inteligencji (AI) oraz samouczących się algorytmów w procesie pozyskiwania i utrzymywania klientów firm.
Pracowałam w tej branży zaledwie 8 dni roboczych ucząc się do egzaminu wewnętrznego ze znajomości platformy oraz wdrażając się w techniki sprzedażowe. Już po 4 pierwszych dniach powierzono mi pierwszego potencjalnego partnera biznesowego. W pewnym momencie polecono mi przesłać kilka plików pdf do ów Persony, które miały zawierać wszystkie niezbędne informacje. Nie byłabym sobą, gdybym ich wnikliwie nie przestudiowała.
Ogólnie, automatyzacja marketingu to nic innego jak uczenie się systemu AI o preferencjach użytkowników sieci, analizowanie ich zachowań, tworzenie schematów zachowań podobnych, najbardziej i mniej przewidywalnych, testowanie reakcji, zbieranie oraz analiza wyznaczników emocji związanych z danym tematem oraz personalizacja wiadomości w sposób, który z najwyższym prawdopodobieństwem przyniesie określoną decyzję danego użytkownika sieci. Ta platforma instaluje ciasteczka w przeglądarce, więc „wie” kiedy w ciągu dnia i tygodnia dany użytkownik jest najbardziej aktywny w internecie, „zna” zakres zainteresowań, nawet potrafi zidentyfikować jak długo użytkownik czyta dany tekst bądź w którym momencie przerwał lekturę.
Podczas nauki do mojej nowej pracy walczyłam z sobą wewnętrznie – starałam się zaakceptować fakt, że ludzie lubią promocje, lubią kupować i może to nie jest takie złe jak mi się wydaje (ja raczej obawiam się wizji człowieka jako „robota”, którego magiczny przycisk „promocja” zmusza do wyłączenia pewnych funkcji myślenia logicznego). A dodatkowo, ja na tym fakcie mogłabym zarobić. Zwłaszcza, że dostałam się na samym wstępie do zespołu, który miał wysokie cele oraz prowizje były najwyższe.
Niestety, gdy znalazłam informację, że platforma ta „śledzi” ludzi w sieci bez możliwości pozbycia się tego działania ze strony użytkownika mimo wyczyszczenia ciasteczek bądź wycofania zgód (tzw. lifetime digital fingerprint), byłam najprościej rzecz ujmując przerażona takim nastawieniem firmy. Akurat tak się złożyło, że umowa była dla mnie nadal przygotowywana, więc gdy była gotowa, nie mogłam postąpić inaczej – nie miałam sumienia podpisać tak atrakcyjnej dla mnie finansowo propozycji umowy, gdyż nie chciałam popierać takiego działania. Nie mogłabym długo żyć z myślą jakie jest źródło moich pieniędzy.
Czarę goryczy przelał również fakt, że z oficjalnego maila firmowego, dowiedziałam się, iż pewien Pana konkurent postanowił wykorzystać tę formę zabiegania o głosy wyborców i stał się klientem. Sama nawet myśl o tak nieczystej konkurencji, po prostu mnie i zdegustowała, i przeraziła.
Dlatego też zaczęłam snuć warianty jak może wykorzystując wiedzę o takiej technologii, spróbować może przedstawić inny Pana obraz niż robią to niemieckie media w Polsce – tylko nie mówię tu o kampanii, ogólnie. Aby fakty dotarły do obywateli, a nie tylko celowa dezinformacja ze strony antypolskich mediów.
Pomysłów miałam wiele i przyszedł mi niestety pomysł do głowy – że skoro już nawet pracy nie mam (fakt, że wróciłam do poprzedniej firmy raczej mnie nie zachwycał), to może już nie mam nic do stracenia, i zrobię coś dobrego, czyli podzielę się z Panem informacjami, aby docelowo, a zwłaszcza przed wyborami, zdawał sobie Pan sprawę z technologii, której używają inni w tej samej rywalizacji... Nie chciałam ujawniać szczegółów czyli np. nazwiska. Absolutnie. Natomiast wiedza o takiej formie prowadzenia kampanii przez konkurencje, to też dużo... Miałam zamiar Pana poprosić o nawet zoragnizowanie Pana spotkanie z kandydatami na urząd i przedstawienie propozycji wyeliminowania takich działań z kampanii wszystkich kandydatów, ponieważ tutaj to my – obywatele, jesteśmy zmanipulowani i stajemy się ofiarami takich działań...)
I był to motyw mojego wyjazdu do Warszawy. W założeniu miałam zamiar stać pod Pałacem Prezydenckim od soboty (godziny popołudniowe) do poniedziałku, w nadziei, że może będzie Pan przejeżdżał bądź przechodził, i sam fakt, że jest Pan miłym człowiekiem wzbudził we mnie takie wewnętrzne przeczucie, że może zgodziłby się Pan, abym mogła zamienić z Panem kilka zdań..
W tym momencie oczywiście zdaję sobie sprawę jak bardzo irracjonalny był sposób mojego myślenia.
Jednak – sam Pan chyba widzi, że absolutnie nie chciałam dopuścić się działania przeciwko Panu, a wręcz przeciwnie.
Niestety, stało się tak, że wybrałam się w pewnym celu na spacer - już w nocy, a fakt, że byłam trochę zmarznięta spowodował, że po spotkaniu pewnego Człowieka, napiłam się wiśniówki – nawet w celu rozgrzania się wewnętrznie. A że byłam trochę zmarznięta oraz głodna, nieco straciłam umiar w tym ogrzewaniu się – niestety tak bywa z alkoholem, zwłaszcza słodkim i kalorycznym, w momencie gdy się jest bardzo głodnym.
Rozmawialiśmy resztę nocy... ciekawy starszy Pan. (Były to tematy np. o przyczynach pożarów w Australii, nowe technologie w róznych dziedzinach... i wiele innych ciekawych wątków). Natomiast ja postanowiłam w pewnym momencie wrócić na „posterunek”. Kolejne NIESTETY – akurat gdy tam wróciłam, łańcuch był zdjęty a moje odrobinę (a niekiedy bardzo – nad czym ubolewam) skrzywione poczucie humoru kazało mi się pokierować pewną logiką a'la „w krzywym zwierciadle” - a więc: otwarte – znaczy, że Pan przyjmuje.... (bez komentarza...). I mimo wyproszenia mnie, poczułam impuls – jedna chwila (być może podświadoma nadzieja, że może dzięki temu usłyszy Pan, że zwykła obywatelka chciała z Panem porozmawiać..) i przeskoczyłam barierkę – w pierwotnym zamiarze absolutnie tego nie miałam... i oczywiście chciałam zaraz wrócić na właściwą stronę ów wyznacznika, natomiast już nie było mi to dane, ponieważ zostałam spacyfikowana przez pracowników ochrony. Ja również liczyłam się z tym, że nie uda mi się Pana spotkać – stwierdziłam, że ewentualnie jeśli będę miała energię i pieniądze, przyjade na kolejny weekend w podobnej nadziei. Absolutnie nie przypuszczałam nawet, że dopuszcze się takiego zachowania.
Natomiast, gdy już po wielu godzinach zostałam wypuszczona na wolność, zrobiłam nie co innego, a powróciłam w to samo miejsce w jednym już tylko celu – przeproszenia pracowników ochrony za spowodowanie problemu.
Przeprosiny przekazałam, jak mi powiedziano – zostały przyjęte.
Więc w tym momencie – oddaliłam się z oczekiwaniem na konsekwencje moich niefortunnych działań.
I również na policji mówiłam, że absolutnie nie miałam takiego zamiaru, i przekazuję ogromne przeprosiny w Pana i Pana Szanownej Małżonki stronę.
Czasu niestety nie cofnę, natomiast chcę wyrazić moje ubolewanie z powodu mojego niezamierzonego i nieprzemyślanego zachowania, którego absolutnie nawet nie chciałam brać pod uwagę.
Pragnę również wyjaśnić jedną kwestię... Gdy siedziałam w karetce pod Pana domem, był tam obecny pewien miły Pan policjant, kierowca, z którymi starałam się nawiązać nić porozumienia. Natomiast pan „ratownik” od początku był dla mnie niemiły, mimo tego, że przecież nie miał pojęcia o mnie. Odzywał się arogancko. Gdy siedziałam, miałam założoną nogę na nogę. Ten Pan przechodząc zaraz obok mnie, strącił mi moją prawą nogę z lewej, więc mój naturalny odruch to ponowne założenie ów kończyny. Akurat ten Pan w jednej chwili ponownie zbliżył się w jednym momencie do mnie, i przez zupełny przypadek dotknęłam prawą nogą jego nogi, za co niezwłocznie przeprosiłam... Prawie natychmiastowo zostałam poinformowana, że kopnęłam Go, zatem przeprosiłam raz jeszcze tłumacząc, że absolutnie nie miałam takiego zamiaru. Żadne przekleństwo nie padło z moich ust, ponieważ ogólnie mogłam mieć pretensje tylko do siebie, a nie do innych, i raczej byłam pogodzona z tym co mnie zaraz czeka. Ogólnie rzecz biorąc też bardzo rzadko przeklinam. Dlatego też, już nawet mnie nie zdziwiła, ale delikatnie rozbawiła relacja ów Pana ratownika z karetki, którą dostałam później jako oficjalny dokument - która odrobiny prawdy z sobą nie niesie... Dlaczego o tym piszę. Wiąże się to z drugą częścią listu.
A teraz przejdę do punktu B.
Choroba przypisana mi obecnie przez psychiatrów to CHAD.
Natomiast jestem pewna, że nie jest to choroba dwubiegunowa, ponieważ wiem co to depresje – przeżyłam 3 ciężkie stany podczas studiów, po czym postanowiłam sobie po ostatniej, najcięższej (w 2010/2011 roku), że albo już podziękuję za takie życie, albo coś zrozumiem i depresji już nie zaznam. I udało się – bez fachowej pomocy z zewnątrz (to był bardzo trudny proces przełamywania strachu i leczenia się z zakorzenionych kompleksów). Natomiast w tym momencie mam stany normalne oraz raz na czas – przeważnie w okresie Świąt – przeżywam stan większego zdawania sobie sprawy z faktu istnienia, co wzbija mój mózg na wyższy poziom działania. Nie miałam depresji od już prawie 10 lat, a więc ewentualnie może tu być mowa o syndromie jednobiegunowym. (Jednak, dopóki psychiatra tego w podręczniku nie przeczyta, to nie wyciągnie własnych wniosków, a będzie leczyć tylko dostępnymi metodami na dotychczasowo zdiagnozowaną dolegliwość – bo gdzieżby chciał wyciągnąć samodzielne wnioski.)
Zacznę od depresji. Małe depresje dopadały mnie już w wieku nastoletnim. Wynikało to z faktu tzw bólu istnienia... Nie rozumiałam kim jestem, jaki jest sens i cel życia człowieka, skąd pochodzimy... zbyt wiele niewiadomych oraz kwestie wiary, a nie wiedzy... doprowadzały mnie do udręki. Mam umysł ścisły, dlatego sam fakt niewiedzy doprowadza mnie do skrajnej rozterki oraz chęci poszukiwań odpowiedzi na dotąd zadane jednak pozostawione w obszarach teorii odpowiedzi.
Dlatego też postawiłam w życiu na zgłębianie nauk ścisłych (mimo również wykształcenia muzycznego – jak widać dwie półkule mózgowe rozwijały się intensywnie w rozwoju mojego organizmu). Najpierw zafascynowała mnie chemia, a potem genetyka molekularna człowieka, a konkretniej niekodujące części genomu ludzkiego. Chciałam jak najwięcej dowiedzieć się o działaniu organizmu człowieka, aby móc nieść pomoc ludziom pokrzywdzonym w „loterii” genetycznej podczas procesu crossing-over między kompletem chromosomów Matki i Ojca.
Nigdy nie myślałam o moim wyborze jako o sposobie na zarabianie pieniędzy. Bardziej jako misja, a o pieniądzach myślałam na ostatnim miejscu. Pragnęłam, myśląc o swoim życiu z perspektywy już jego zakończenia po wielu latach życia, zostawić ten świat odrobinę lepszym niż gdy go zastałam.
Natomiast, gdy zetknęłam się ze światem naukowym na najwyższym szczeblu (wolontaryjna praca w prestiżowym laboratorium filii University of Edinburgh), spotkałam się ze zdecydowanie odmiennym nastawieniem naukowców niż moje, czyli zapełnianie rubryk swojego CV. I stawianie na karierę... (Mnie, kiedyś użyte słowo „kariera” wobec mojej osoby przez moją mentorkę, napawało uczuciem wielkiego niesmaku... ). Przez wiele miesięcy codziennie studiowałam po kilkanaście najświeższych publikacji naukowych w obszarze moich zainteresowań, ale również musiałam przerabiać te, z których nic nie wynikało, natomiast były publikowane z racji obowiązku spełnienia wymogu kilku publikacji podczas prowadzenia badań z określonego grantu na badania – zaśmiecanie bazy danych, a jest tego multum. Zaprawdę, chore są zasady, że jeszcze na początku innowacyjnych badań, w których miałam okazję brać udział, już jest wizja natychmiastowej produkcji leków – oczywiście z całą listą możliwych skutków ubocznych, od których koncern farmaceutyczny umyje rączki – oferując kolejne leki na ów skutki uboczne - nie biorąc pod uwagę faktu, że późniejsze doniesienia podczas kontynuacji badań mogą przynieść inne wnioski niż pierwotne. Zysk chyba jest ważniejszy niż zdrowie człowieka.. Dlatego też nie miałam ochoty brać udziału w tym procederze i mimo najwyższego wyniku na uczelni uzyskanego za napisanie mojej pracy końcowej na poziomie Bsc (Hons), w trakcie studiów magisterskich postanowiłam zejść z gałęzi, którą już wtedy delikatnie zaczęłam podcinać nawet wątpiąc w intencje ludzi... (niestety, to są decyzje LUDZI) finansujących badania. Business is business. Dla pewnych ludzi bardziej opłacalna jest choroba Ludzi niż ich zdrowie. Przykre, niestety... z moich doświadczeń i przeanalizowanych publikacji naukowych wynika, że...prawdziwe. Jednak – widocznie, niewłaściwe publikacje czytałam...
Był to pierwszy raz kiedy ze względów moralnych nie mogłam kontynuować wcześniej obranej ścieżki, a w tamtym momencie był to przecież cel mojego dorosłego życia... Najbardziej odważna decyzja, którą musiałam podjąć.. jednak chciałam móc spojrzeć sobie w twarz w lustrze bez obrzydzenia.
Być może przeżywam za bardzo.. Być może za duża ilość informacji później przetrawiłam, gdy szukałam informacji.. I być może, też pogubiłam się. Być może wyolbrzymiłam wiele aspektów. Ale wiedziałam jedno – gdybym nawet pośrednio przyczyniła się do cierpienia choćby jednego Człowieka – nie mogłabym sobie tego później darować.
Niestety od tamtego momentu, już tak mam, że jak tylko wyczuję jakąś chęć zarobku na nieświadomym Człowieku, jak coś wydaje mi się niemoralne, zwłaszcza gdy zbiegnie się to ze stanem mojej podwyższonej energii.. nie mogę pozostać bierna.
Nie potrafię wtedy milczeć tylko wolę podjąć ryzyko, i stracić wszystko, ale przynajmniej zabrać głos jako brak zgody na niemoralność i nieuczciwość.
Dlatego też... wracając do intencji pisania listu do Pana... po okresie Świąt (ponieważ czyn, przez który toczy się obecna sprawa miał miejsce w styczniu) oczywiście byłam w innej fazie myślenia, synapsy mózgowe uaktywniają się wtedy, jest to niesamowite uczucie, ponieważ mam wgląd do już-zapomnianych przez moją świadomość informacji z przeszłości, potrafię wrócić do obrazów, zapisanych stron i przypomnieć sobie dosłownie każdy szczegół mojego życia, mój mózg potrafi nawet przewidywać i wyłapywać podświadome myśli i intencje rozmówców. Czy nie trzeba doceniać takiego stanu..? Każda chwila wtedy ma znaczenie, minuta rozciąga się jak godzina, dzień jak tydzień albo dłużej... miesiąc to już szmat czasu.. Gdy patrzę w lustro wydaje mi się, że odmłodniałam o kilka lat... Jest się wtedy tak świadomym życia, że aż chce się krzyczeć, że jest się istotą i żywą a co jeszcze lepsze – świadomą swojego życia... każdej komórki swojego ciała... (Dla mnie byłby to fascynujący motyw do zgłębienia naukowo tego stanu, co dzieje się wtedy z mózgiem... a dla osób tzw lekarzy psychiatrów liczy się tylko objaw i konkretne nafaszerowanie lekami delikwenta).
Dlatego też, posiadając informacje, których nawet nie chciałam zdobyć.. mój mózg nie był w stanie zachować tego dla siebie i postanowił Panu „pomóc” (przepraszam, że ogólnie przyszło mi to do głowy...).. a ja jako Osoba będąca niewolnikiem swojego mózgu, zrobiłam jedynie to, co mi nakazał. Bez absolutnie złych intencji...
Mam nadzieję, że będzie Pan w stanie wybaczyć pewnej pokrzywdzonej przez funkcjonowanie zbyt czułe i wyćwiczone swojego mózgu osoby... W nauce, zwłaszcza pisząc pracę końcową w zaledwie cztery popołudnia w czasie najcięższej depresji, zaraz przed terminem.. musiałam nagimnastykować mocno ten organ... widocznie za dużo połączeń między neuronami wtedy wytworzyłam tworząc liczne hiipotezy, które okazały się bardzo trafne... Chodzi tu o możliwości, które daje myślenie naukowe jako tłumaczenie wyników bądź ich braku, bądź tłumaczenie – gdy się jeszcze nie wie – co dany wynik może mówić o całości biologii danego organizmu. Raz nabyty, sposób myślenia raczej nie może zostać wyeliminowany.
Z jednej strony jesteśmy wszyscy niewolnikami swoich mózgów, umysłów, a zwłaszcza podświadomości, z drugiej strony możemy pracować nad świadomością, aby już podświadomość nie miała tak silnego wpływu na nasze zachowania.
Dlatego tym bardziej przepraszam za moje impulsywne zachowanie, mimo że nigdy nie byłam osobą impulsywną, a bardziej rozważną, i musiałam wiele razy przemyśleć moje przyszłe działania, w tym wypadku poległam i pokierowałam się podświadomym impulsem – jedną myślą i wizją, która by miała zwrócić Pana uwagę w moją stronę – nie ze względu na jakieś korzyści dla mnie, czy chęci porozmawiania „o niczym” z Osobą publiczną, którą szanuję i życzę jak najlepiej... ale ze względu tylko i wyłącznie projekcji mojego mózgu, że informacje, których stałam się posiadaczką, powinny do Pana dotrzeć, aby nie pozwolić kontrkandydatowi na urząd Prezydenta korzystać z technologii, której używanie w tym wypadku jest... nieuczciwą kampanią - w moim postrzeganiu. Zwłaszcza, że znałam tę technologię od podszewki i szczerze obawiałam się, że będzie ona manipulowała opinią publiczną w sposób nieunikniony i z powodzeniem.
Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w życiu prywatnym jak i zawodowym.
P.S.
Postanowiłam napisać jeszcze ten fragment listu, ponieważ zapewne zauważył Pan, że nie żywię pozytywnych uczuć co do psychiatrów. Nie jest to bezpodstawne.
Tak, trafiałam wiele razy do szpitali psychiatrycznych (w większości przez moje poszukiwania prawdy co do tego czym jest projekcja zwaną życiem, i będąc w trakcie zaawansowanych procesów myślowych łącząc wszelkie potencjalne hipotezy w całość.. zapominałam o przyziemnym życiu codziennym). Ja jestem, a na pewno kiedyś byłam, osobą bardzo uczuciową i współczująca, gdy widzę cierpienie innych. Mój Tata wielokrotnie miał do mnie wielkie pretensje, że rozdaje moje (ale w tamtym momencie jeszcze od Niego) pieniądze potrzebującym sama zostając prawie z niczym.
Więc gdy trafiłam do szpitala po raz pierwszy, po moich własnych traumach podczas pierwszych dni zamknięcia, którego nie rozumiałam – zwłaszcza, że nikt ze mną nawet nie porozmawiał z tzw. specjalistów... Postanowiłam zaakceptować fakt, że trafiłam do swego rodzaju więzienia i skupić się na „tu i teraz”. Poznałam tam wiele zagubionych istot, zaczęłam się zaprzyjaźniać, a moja wiedza z zakresu psychologii pozwoliła mi dotrzeć i niekiedy otworzyć niektóre z moich towarzyszek niedoli. Przykład: Pani nic nie mówiła, ciężko się napracowałam, aby dodać Jej odwagi do wypowiadania własnych myśli, na początku po jednym słowie – to już był sukces. Później zaczęła przemawiać pełnymi zdaniami, i były to bardzo głębokie przemyślenia... Pewnego dnia.. nagle znowu zamilkła... nie wiedziałam co się stało, przecież szło tak dobrze... przez przypadek dowiedziałam się od innych współpacjentek, że poprzedniego wieczoru dostała jakiś zastrzyk... Wyjaśniło mi to wiele.. Brak kontaktu kompletnie... puste oczy... roślina... Byłam świadkiem testowania leków bądź innych specyfików na ludziach uznanych za chorych psychicznie.
Dlatego tym bardziej poruszyło mnie Pana przemówienie końcem stycznia z wiadomego miejsca... aby nie pozwolić historii się powtórzyć w bardzo przerażającym aspekcie. A to się dzieje... tylko, że mało kto o tym wie... A zwłaszcza nie zdają sobie sprawy z faktu tego procederu... oprawcy osób słabszych i bardziej wrażliwych niż większość... Którzy myślą, że niosą pomoc. (Ja gdy piszę nawet te słowa to mam łzy w oczach z racji aż takiej nieświadomości ludzi...wykształconych niby)
Najbardziej, już w tym momencie mnie bawi, fakt, że jak mówię Pani Ordynator, że po „leku” który mi zapodała nie mogłam utrzymać równowagi i mówić wyraźnie, stwierdziła, że to przez to, że za małą dawkę wzięłam... a jej gabinet to jedna wielka wizytówka firm farmaceutycznych (gadźety).
Mnie się serce kraja, zwłaszcza gdy wiem, że Ci ludzie mają w poważaniu Człowieka, tylko o swoje stanowiska i swój prestiż się troszczą. Ja byłam wiele razy w szpitalach, ale nikt nigdy nie zapytał mnie co spowodowało takie a nie inne moje zachowanie... Nigdy. Nikomu nie miałam nawet okazji powiedzieć dlaczego mój mózg funkcjonuje inaczej w pewnych okresach – nikt o przyczynę nie pytał. Widzą objaw, pakują leki, robią raporty z działania leków i na tym polega ich praca. Na początku jeszcze chciałam coś wyjaśniać, mówiłam, tłumaczyłam moje zachowania... ponieważ myślałam, że jakaś myśląca osoba mnie zrozumie i wypuści... zarzucono mi jedynie wielomówność i wielowątkowość co jest objawem choroby... A gdy mówiłam o nieścisłości czyli wykluczaniu się fizyki kwantowej i klasycznej... i testowanie czy przypadkiem świadomość życia w 3D nie jest tym wymiarem łączącym te 2 nurty fizyki.. Zostałam uznana za schizofreniczkę przez chyba jakichś ludzi (lekarzy psychiatrów) nie mających pojęcia o zaawansowanej nauce, na tamten moment akurat fizykę teoretyczną miałam na tapecie – a ja przecież cytowałam nawet niektórych fizyków, których prace czytałam... i miałam prawo snuć też własne teorie. Snułam i testowałam swoje własne hipotezy czy może potęga wizualizacji i siła Intencji nie są czynnikami determinującymi zdarzenia losowe w niedalekiej przyszłości.
Przykre, jak się jest samotnym wśród ludzi i niezrozumianym przez niby osoby wykształcone... to najbardziej boli. Dlatego często już mam mieszane uczucia... i zaczęłam od jakiegoś czasu myśleć negatywnie o pewnych osobach... natomiast życzę im jak najlepiej... Najzwyczajniej w świecie nie pochwalam ich nastawienia do osób, którym trzeba pomóc bądź zrozumieć, dodać otuchy, a które otrzymują jedynie przeciwieństwo tych podstawowych potrzeb.
Jako naukowiec (niedoszły zawodowo, jednak sposobu myślenia już nie mogę zmienić) uważam, że powinno się pracować z przyczynami choroby, jeśli chce się pomóc. Natomiast tutaj patrzy się tylko na objawy, szufladkuje pod odpowiednią diagnozę i pakuje różne leki czekając na efekty, i mając w poważaniu głębokie uczucia Człowieka... A każdy przeżył inne doświadczenia, traumy, szczęścia... inny czynnik środowiskowy.. a więc nie można podchodzić do jednostki z Duszą jak do zjawiska chorobowego... Trzeba zrozumieć przyczyny, popracować nad wzmocnieniem psychiki, dać pomysły i pomóc pracować nad przyszłością. A psychiatrzy poprzestają na pytaniu: Jak się Pan/Pani czuje dzisiaj? - po czym wysłuchają, ale nic z tym nie zrobią, tylko przytakną. Kolejne pytanie obowiązkowe: Czy bierze Pan/Pani leki? I zero działania w celu pomocy Człekowi pełnego zapewne rozterek i traum życiowych.
Moje doświadczenie - Kiedyś tak mnie nafaszerowali „lekami”, że przez pół roku nie miałam siły podnieść się z łóżka... nie mówiąc już o jakiejś motywacji do życia... To jest zbrodnia na ludziach... Znam wiele historii, widziałam wiele, i uważam, że psychiatria to dziedzina, której należy się przyjrzeć, ponieważ została ona stworzona jedynie po to, aby móc tworzyć kolejne leki i pakować je w sklasyfikowanych ludzi jako „klientów” wmawiając im, że są chorzy... a nie wyjątkowi i indywidualni... obniżając im poczucie własnej wartości oraz odbierając chęci do brania czynnego udziału w procesie zwanym Życiem. A zarobek przemysłu farmaceutycznego kwitnie...
Kończę list z łzami w oczach, ponieważ mam w pamięci tyle pięknych pokrzywdzonych przez ten przemysł.. Ludzi.. Z krwi i kości, z ogromną wrażliwością i pięknymi emocjami... Trzeba im pomóc.
Ja nie mam takiej możliwości.. przez przypadek ogólnie też zaznałam tej akurat wiedzy... gdybym nie zrezygnowała z kariery naukowej i nie zaczęła się buntować, pewnie nigdy z takimi ludźmi też bym się nie spotkała... i również w mojej nieświadomości myślałabym, że psychiatria to jedna z dziedzin medycyny, która ma na celu pomoc Człowiekowi z problemami psychiki oraz duszy...
Z jednej strony przegrałam swoje życie moimi decyzjami, z drugiej... jestem wdzięczna losowi, że mam aż taką świadomość co do stanu ludzkości w obecnych czasach jeśli chodzi o eksperymenty medyczne.
Raz jeszcze, życzę wszystkiego dobrego oraz proszę o wybaczenie,
Agata Stajuda
P.S.2.
Jest w tym momencie rozpatrywane czy byłam poczytalna w trakcie przeskoczenia przez łańcuch pod Pana domem... Oczywiście, że tak. To był tylko zwykły ludzki błąd, coś co zrobiłam, a chwilkę później żałowałam, i chciałam cofnąć czas... Zdarza się każdemu człekowi.. Nigdy bym nie chciała nikomu krzywdy wyrządzić... odwrotnie.. ja poświeciłam swoje życie, swoje wykształcenie, aby właśnie NIE krzywdzić... Nawet chciałam nie krzywdzić niecelowo, ale pośrednio bądź też wyeliminować nieświadomość takiego działania.
Jednak ciekawa sprawa ta psychiatria... Sędzia kradnąc batonik w sklepie jest w tym akurat momencie niepoczytalny, po czym wraca orzekać i mamy PEWNOŚĆ, że wtedy jest w pełni poczytalny.
Psychiatria to zarobek i furtka.. Oczywiście - nie każdy psychiatra jest bez serca... Natomiast na wielu, z którymi się zetknęłam, spotkałam tylko 2 zacnych ludzi. Na bardzo wielu spotkanych. A to jaką siłę ma diagnoza – to jest chyba oczywiste. I jakie możliwości i jakie konsekwencje za sobą niesie.
Myślę, że psychologia i psychoterapia wraz z elementami wdrażania ludzi dotąd biernych w czynności aktywnego życia społecznego są tutaj niezbędne, aby pomóc pacjentom, którzy często już nie mają nawet nadziei na poprawę stanu ich życia... A nie psychiatria...
Kończąc – ja nie mam dzieci i raczej mieć nie będę. Bałabym się przekazać moją wrażliwość i sposób myślenia latorośli... Bałabym się, że czekałyby ją/jego podobne rozterki moralne i duchowe oraz doświadczenia do moich... Nie będę się odnosić do Pana głównej idei działań politycznych, bo moje zdanie chyba jest oczywiste w tym przypadku. Ciszy mnie, że jeszcze są ludzie na tym świecie, którym zależy na innych, całkiem obcych ludziach... Bliźnich."
P.S. To jest stworzony przez mnie blog z moimi wierszami, które kiedyś zapisałam z multum przeróżnych, które stworzyłam w 2020 roku w sierpniu/wrześniu...
https://swiadomatworczosc.wordpress.com/
Komentarze
Prześlij komentarz